Gdy Polacy na Ukrainie każdej nocy słyszą syreny alarmowe i rosyjskie rakiety nad głową, w Polsce trwa kampania prorosyjskich środowisk wymierzona nie w agresora, lecz w jego ofiarę. W cieniu rosyjskiej agresji na Ukrainę żyją setki tysięcy Polaków — potomków rodzin, które przetrwały carskie represje, stalinowskie deportacje i Operację Polską NKWD. Dziś znów są na pierwszej linii starcia z rosyjskim imperializmem. Tym bardziej bulwersujące jest to, że w Polsce pojawiają się środowiska polityczne, które próbują wykorzystywać antyukraińską narrację, ignorując dramat rodaków żyjących po wschodniej stronie granicy.
Według oficjalnych danych na Ukrainie żyje około 144–148 tysięcy Polaków. Nieoficjalnie — nawet do dwóch milionów osób polskiego pochodzenia. Największe skupisko od pokoleń mieszka w obwodzie żytomierskim, regionie niemal każdej nocy doświadczającym alarmów powietrznych i zagrożenia rosyjskimi rakietami oraz dronami. Ci ludzie żyją w realiach codziennego terroru. Każdy alarm bombowy może oznaczać śmierć. Każda noc może być ostatnią.
Ten dramat nie jest „odległym konfliktem” ani „wojną gdzieś na Wschodzie”. To celowa, systematyczna kampania wymierzona w ludność cywilną – w dzieci, osoby starsze, chore, osoby z niepełnosprawnościami. Ataki na infrastrukturę zimą to broń masowego cierpienia, strategia mająca złamać społeczeństwo przez zimno, głód i strach.
POLACY NA LINII ROSYJSKIEGO TERRORU
Wśród milionów obywateli Ukrainy, którzy każdego dnia żyją pod ostrzałem, są także Polacy — potomkowie rodzin mieszkających na tych ziemiach od pokoleń. Dla nich wojna Rosji przeciwko Ukrainie oznacza nie tylko zagrożenie życia, lecz także kolejne w historii uderzenie w polską społeczność na Wschodzie.
Polskie wsie i miasteczka w obwodzie żytomierskim, winnickim czy chmielnickim — miejsca, gdzie przez dziesięciolecia pielęgnowano język, kulturę i tradycję — dziś żyją w cieniu rosyjskich rakiet. Tamtejsi Polacy walczą o przetrwanie dokładnie tak samo jak ich ukraińscy sąsiedzi. Wielu z nich służy w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Inni pomagają jako wolontariusze, lekarze, ratownicy czy pracownicy infrastruktury krytycznej.
Rosyjskie rakiety nie pytają o narodowość. Ale historia pokazuje jedno: dla Kremla polska obecność na Wschodzie zawsze była problemem, który starano się brutalnie „rozwiązać”.
MOSKIEWSKA POLITYKA ZNISZCZENIA
Dzisiejszy dramat Polaków na Ukrainie ma głębokie historyczne korzenie. Moskwa od stuleci prowadziła wobec nich politykę represji, wynaradawiania i fizycznej likwidacji.
Jednym z najbardziej przerażających przykładów była tzw. Operacja Polska NKWD z lat 1937–1938. Była to jedna z największych zbrodni narodowościowych stalinowskiego terroru. W jej wyniku zamordowano ponad 100 tysięcy Polaków żyjących w Związku Sowieckim, a dziesiątki tysięcy wysłano do łagrów.
Polskie nazwisko, polska parafia czy nawet samo pochodzenie mogło być wówczas wyrokiem śmierci.
W kolejnych latach przyszły deportacje na Sybir, masowe przesiedlenia, niszczenie polskich szkół, parafii i organizacji społecznych. Stalinowskie państwo próbowało zniszczyć polską tożsamość na Kresach — wymazać ją z historii i pamięci.
Dziś, gdy rosyjskie rakiety spadają na Żytomierz, Winnicę czy Kijów, wielu potomków tamtych rodzin widzi w tym tragiczną ciągłość historii. Ta sama logika imperialnej przemocy. Ta sama pogarda wobec narodów, które nie chcą podporządkować się Moskwie.
WOJNA PRZECIWKO UKRAINIE UDERZA TAKŻE W POLAKÓW
Rosyjska agresja na Ukrainę nie jest jedynie konfliktem dwóch państw. To wojna imperialna przeciwko całemu regionowi Europy Środkowo-Wschodniej — także przeciwko polskiej obecności na tych ziemiach.
Każda rosyjska rakieta spadająca na ukraińskie miasta zagraża również Polakom, którzy tam żyją. Każdy zniszczony dom, szkoła czy kościół to kolejny cios w wielokulturowe dziedzictwo tych terenów.
Dlatego wspieranie Ukrainy jest także obroną bezpieczeństwa i godności Polaków mieszkających po wschodniej stronie granicy.
POLITYCZNA KRÓTKOWZROCZNOŚĆ I NIEBEZPIECZNA PROPAGANDA
Tym bardziej bulwersujące jest to, że w Polsce pojawiają się środowiska polityczne, które próbują rozgrywać antyukraińskie emocje w imię doraźnych interesów politycznych.
Politycy związani z Konfederacją — środowiskiem Sławomira Mentzena, Krzysztofa Bosaka czy ugrupowaniem Grzegorza Brauna — od miesięcy budują narrację wrogości wobec Ukrainy. W ich przekazie wojna Rosji staje się pretekstem do atakowania ukraińskich sojuszników Polski, a nie agresora z Kremla.
Taka retoryka jest nie tylko moralnie wątpliwa — jest także politycznie niebezpieczna.
Szczucie na Ukrainę oznacza w praktyce uderzenie w bezpieczeństwo regionu oraz w interesy setek tysięcy Polaków mieszkających na Ukrainie. Ludzi, którzy dziś — podobnie jak ich przodkowie — znajdują się na pierwszej linii starcia z rosyjskim imperializmem.
HISTORIA UCZY JEDNEGO
Historia XX wieku pokazuje jasno: gdy Moskwa odzyskuje siłę, pierwszymi ofiarami padają narody Europy Środkowo-Wschodniej — w tym Polacy.
Tak było w czasach carskich represji. Tak było podczas stalinowskiego terroru. Tak było w Katyniu, podczas deportacji na Sybir i podczas Operacji Polskiej NKWD.
Dziś ta sama imperialna logika powraca w rosyjskich rakietach spadających na ukraińskie miasta.
Dlatego los Polaków na Ukrainie nie jest sprawą marginalną ani odległą. Jest częścią tej samej walki o wolność, bezpieczeństwo i przyszłość regionu.
Bo jeśli Ukraina przegra — rosyjski imperializm znów stanie u bram Polski. A historia może się powtórzyć szybciej, niż wielu chciałoby uwierzyć.
Włodzimierz Iszczuk
